Vipassana

polecany tekst: Vipassana
Witam!

Przeczytałem właśnie książkę „Medytacja Vipassana w prostych słowach” autorstwa Henepola Gunaratany. Niestety mimo tych „prostych słów” wiele rzeczy jest dla mnie niezrozumiałych i mam kilka pytań. Jest tutaj na forum ktoś kto praktykuje ten rodzaj medytacji już jakiś czas i ma wiedzę na jej temat? Jeśli tak to proszę o kontakt na priv.

Pozdrawiam!

yłem na kursie vipassany w listopadzie 2010 w Krutyni. Bliska mi osoba była wcześniej na podobnych kursach 4 razy. Chciałem poznać temat, „technikę”…

Zostałem usunięty z kursu po 6 dniu. Bardzo żałuję, że pojechałem. Gorąco polecam wszystkim – trzymajcie się jak najdalej od vipassany, medytacji, buddyzmu itp. Osobiście nie wiem czy istnieje „technika”. Organizację, która w Polsce organizuje kursy uważam za sektę, której zależy tylko na kasie z danin od „starszych uczniów”.

Szukam ludzi, którzy byli na takich kursach i nie ulegli „urokowi” nauczycieli. Chcę, byśmy razem przestrzegli osoby stykające się po raz pierwszy ze Stowarzyszeniem. To czego uczą to nie „uniwersalna technika”. Wywołują syndrom sztokholmski i są w tym bardzo dobrzy. Nie wahają się przed zrobieniem krzywdy ludziom, którzy przyjechali na kurs, którzy im zaufali, którzy szukają czegoś w życiu.

Zainteresowanym opiszę jak potraktowano mnie i innych niewystarczająco pokornych, zadających pytania, myślących inaczej niż przewidywał wzorzec. Zaznaczam, że nie pojechałem tam kwestionować czegokolwiek. Chciałem się uczyć. Sami w broszurach piszą, żeby pytać o wyjaśnienia jak się ma wątpliwości. Myślę, że jest to potrzebne do wczesnego eliminowania z kursu ludzi kłopotliwych.

Nie wiem na jakim kursie vipassany byłeś, ale z tego co wiem są one zazwyczaj bardzo restrykcyjne, często np. kontakt fizyczny z innymi jest zabroniony, czy nawet jakiekolwiek rozmowy. To w tym celu by się nie rozpraszać. Co do ew. poglądów jakie tam serwowano – można zadać pytanie, czy buddysta albo hinduista przedstawiający właśnie założenia buddyzmu/hinduizmu to sekciarz, czy nie? W chrześcijańskich zakonach też panują różne restrykcje, a przystępując do tego typu kursu, jest się traktowanym można powiedzieć na równi z „mnichem”, jako członkiem zakonu, tylko w ramach innej ideologii. To jest formuła która może pasować lub nie, ale nie potrzeba tego nazywać od razu sektą itd. bo tak samo by trzeba się odnieść do chrześcijańskich odpowiedników.

Witam !

„Bardzo żałuję, że pojechałem. Gorąco polecam wszystkim – trzymajcie się jak najdalej od vipassany, medytacji, buddyzmu itp”

– Wyrobiles sobie juz zdanie na temat technik vipassany, medytacji, buddyzmu itd … po pierwszym podejsciu. Jestes do tego negatywnie nastawiony, czy raczej do ludzi którzy Ciebie „wykorzystali” ? Juz chcesz zakladac kółko ludzi cierpiących przez sekciarzy … Moge dac wskazowke ktora mi pomogla w takich sytuacjach ? Nie ufaj nikomu ! Nie wierz w nic co Tobie mowia, poki sam tego nie sprawdzisz ! Nie naklejaj metki, nie szufladkuj (to rola Twojego umysłu) na rzeczy z ktorymi nie miales jeszcze doswiadczenia. Sprawdzaj sam, sam wyciagaj wnioski ! Rady mistrzow badaj ! Mistrzowie nie powinni byc dla Ciebie autorytetem ! Powinni byc raczej dobrym znajomym co na podobnym jedzie wózku 😉

Ja osobiscie zaczalem od vipassany. Teraz ciezko mi nazwac technike ktora uzywam. Ciezka mi ja zaszufladkowac bo nie mam niestety wchłonietej wiedzy na temat wszystkich szkol itd … Ale co moge powiedziec to to, ze vipassana jest bardzo dobra dla wszystkich ! Dla tych z długim stazem i dla tych ktorzy dopiero biora pierwszy swiadomy wdech 😉

Hmmm.. Widzę, że wątek nie jest nowy, ale może kogoś jeszcze interesować. Już od najbliższej środy rozpoczynam udział w 10-dniowym kursie vipassany w Krutyni. Po powrocie 24.03. opiszę moje doświadczenia z tą techniką.

Byłem, wróciłem, doświadczyłem.

Vipassana jest buddyjską techniką medytacyjną wywodzącą się z tradycji therawady, tj. tzw. buddyzmu południowego. Kursy w Krutyni organizowane są przez Polską Fundację Medytacji Vipassana i nauczane w tradycji birmańskiego nauczyciela Sayagyi U Ba Khina, kontynuowanej przez S.N.Goenkę (S. N. Goenka – Wikipedia, the free encyclopedia).

Medytacja vipassana w skrócie polega na utrzymywaniu świadomości na naturalnych doznaniach w ciele. Zaczyna się od nauki techniki Anapana czyli koncentracji na oddechu. Nauka Anapany trwa 4 dni, kolejne 6 to właściwa Vipassana.

Program kursu jest faktycznie dość wymagający – pobudka o 4:00, ponad 10 godzin praktyki medytacyjnej dziennie i szereg restrykcyjnych zasad, m.in. tzw. Szlachetne Milczenie. Jednak zasady te znane są wszystkim uczestnikom jeszcze przed zgłoszeniem na kurs i – jak się z czasem okazuje – znacznie ułatwiają skupienie na istocie rzeczy. Metoda nauki polega na niemal nieustannej praktyce i zakonnej dyscyplinie, aby w ciągu tych 10 krótkich dni móc skorzystać jak najwięcej. Na początku najtrudniejsze było tzw. siedzenie z silną determinacją, ale z czasem i ono przychodziło z coraz większą łatwością.

Moje wrażenia są megapozytywne, czuję się po tym kursie jak nowonarodzony. Nie brakowało mi snu – przeciwnie, w trakcie kursu poczułem taki przypływ energii, że przez ostatnie dni nie byłem w stanie wcześnie zasnąć. Odstawiłem też pastylki nikotynowe, które zabrałem ze sobą wiedząc o całkowitym zakazie palenia tytoniu. Dwa wegetariańskie posiłki dziennie, z czego drugi już o godzinie 11:00 – to wystarczało bez problemu. Jedzenie było smaczne i różnorodne. Codziennie ciekawe, mądre wieczorne wykłady i jasne instrukcje dotyczące praktyki. Był też czas na pytania i każdego dnia można było się umówić na indywidualną rozmowę z nauczycielem.

Gorąco, gorąco polecam.

Większej bzdury nie słyszałam.

Tak to jest jak ktoś niegotowy mentalnie i emocjonalnie o żadnej wiedzy na temat pracy z energią na głębokim poziomie, a dodatkowo niedojrzały wybiera się na kurs rozwoju duchowego…

Trudno się nie uśmiechnąć, czytając takie brednie. Syndrom sztokholmski… – polecam najpierw mocno zgłębić wiedzę elementarną na poziomie energii i poczekać dobrych kilka lat na mądrość, która jest warunkiem koniecznym do zrozumienia…

Byłam kilka miesięcy temu na kursie Vipassany i zgadzam się, że to nie jest magiczny cudowny uzdrawiający urlop 😛 Wyobrażam sobie, ze osoba, która – być może ma dość sztywne granice mentalne lub/i niechęć, bądź trudność z uznaniem autorytetu nauczyciela (na czas kursu) oraz pokornym podporządkowaniem się niczym biedny mnich – może czuć opętana jak w sekcie. Ja też miałam wiele pytań i wątpliwości, odpowiedzi nauczycieli faktycznie są mgliste, mogą wydawać się zbyt banalne, ale kiedy się zaufa i da szansę (przede wszystkim sobie) to mają sens, nawet wielki sens i potrafią być kojące.
Ja na pierwszej medytacji to myślałam, ze pęknę ze śmiechu i załamania zarazem – medytacja zaczęła się od śpiewu S.N Goenki, który byl dla mnie śmieszny i przytłaczający jednocześnie – nie spodziewałam się żadnych śpiewów, wewnętrznie lekko panikowałam, że to chyba jednak sekta 😛 Ale teraz tak nie sądzę… Dałam sobie szanse by spróbować tego na tyle, na ile potrafię i na ile dam radę. Myślałam, że będzie lajtowo, a było ciężko. Lubię medytować, ale tam mnie wszystko wkurzało. Działałam wedle instrukcji, ale nie raz byłam już znudzona. Wyprzedzałam polecenia nauczyciela, mimo że nie znałam w ogóle tej techniki. Ale stosowałam się do instrukcji na ile mogłam. Miałam dziwne sny, słabo spałam, wciąż chodziłam niewyspana i kiwałam się na medytacjach :P, ale się nie poddawałam, miałam z jednej strony dość tej nudnej techniki, ale z drugiej uparcie chciałam dać jej szansę… Na powierzchnie mojego umysłu codziennie wypływało coś nowego, wróciły stłumione konflikty, byłam przygnębiona, ale czasem miałam też fale radości-miłości-jedności. Wszystko co działo się dookoła przypominało mi o rzeczach mentalnie dla mnie bolesnych, nie wiem czemu, tak się jakoś dziwnie złożyło… Podobno tak może wyglądać ten proces oczyszczania. Bałam się, że zmarnowałam 10 dni życia jadąc tam, a przed wyjazdem to było moje największe na tamten moment marzenie, by pojechać na odosobnienie… No, dziwnie się zapętliło wszystko. Codziennie liczyłam czas do końca, a gdy przyszedł koniec i ostatnia medytacja, to byłam jedną z 3 ostatnich osób, które wyszły z sali, nie mogłam powstrzymać płaczu, nie chciałam wyjść i nie chciałam znów zacząć mówić – zakłócać tej ciszy i niszczyć wyżyn własnej koncentracji. A później z tymi dwiema pozostałymi dziewczynami przegadałam cała noc i to było jak uderzenie gromu z nieba, przedziwne zbiegi okoliczności. Wiele mi to wyjaśniło, podsumowało wszystko. Różne wizje i wspomnienia których doświadczałam wcześniej sprawiły między innymi, że w końcu z determinacją przeszłam na wegetarianizm i nie było to już żadnym wysiłkiem (a przed vipassaną próbowalam kilka razy). W jakiś magiczny sposób ludzie do których miałam żal za pewne czyny sami się do mnie zaczęli odzywać i przepraszać… Pewnie relacje dziwnie się wyklarowały, a ja nie zrobiłam nic…Zupełnie nic… Tylko byłam na Vipassanie…
Polecam świadomy udział by poznać i uwolnić demony umysłu 🙂

Zazwyczaj mnie bardzo ciekawią takie posty ponieważ jest jakaś informacja ale nie ma żadnych konkretów. Nawet nie wiadomo, dlaczego autorka postu została wyrzucona.. A szkoda, bo to pewnie zmieniłoby obraz całej sytuacji. Podepnę się pod ten temat, ponieważ ja np. korzystałam z takiego kursu i nie mogę powiedzieć niczego złego. Oczywiście pewnych zasad trzeba przestrzegać, jak ktoś już wyżej wspomniał, ale w końcu na coś się decydujemy i czegoś oczekujemy więc ja np. nie widzę tutaj zdziwienia. Warto jednak poświęcić czas na znalezienie dobrego, polecanego miejsca i właśnie tam spróbować.

Witam,

sama medytacja polega na b(a)rdzo prostym mechanizmie, PO PROSTU SIĘ NA CZYMŚ SKUP / SKONCENTRUJ! Koniec, kropka, tylko tyle, wszelkiego rodzaju dodawania wizualizacji, afirmacji czy nagrań lub muzyki to drugoplanowe dodatki które wypełniają 99,9% czasu kursu, bo na kursie medytacji płacenie (powiedzmy) 150 zł za 15 sekund wyjaśnień brzmi podejrzanie. Dlatego wymyślają medytacje bliźniaczego płomienia, medytację „skakania jak pajacyk” czy medytację poszukiwania zaginionego Chińskiego mistrza medytacji Ching Chang Chong (czytane cing ciang ciong), zamiast dobierać potrzeby do medytacji powinno się samodzielnie tworzyć medytację według własnych indywidualnych potrzeb, no chyba że ktoś chce powiesić na ścianie certyfikat ukończenia jakiegoś kursu medytacji (aka: certyfikat próżniactwa)